Singapur
Posted in miejsca, wycieczki on 04/11/2009 12:38 am by PawełNasz powrót z Australii do Polski zawierał bardzo miły akcent w postaci 26-godzinnego postoju w Singapurze. Mogliśmy odświeżyć się i przespać po pierwszym odcinku lotu oraz trochę zwiedzić to orientalne państwo-miasto. Dodatkowo mieliśmy czas na pozbycie się 10 kg nadbagażu. Mimo iż pożyczyliśmy od Michała doskonałą wagę, to poprzez dorzucenie kilku rzeczy, które przecież “prawie nic nie ważą”, przekroczyliśmy przysługujący nam limit. Na szczęście miły pan na lotnisku w Melbourne nie skasował nas za to, jedynie dał przyjacielską radę, żebyśmy się tego nadbagażu w Singapurze pozbyli.
Po przylocie udaliśmy się wraz z Dorotą, Dawidem i Olkiem do hotelu. Musieliśmy przejechać do innego terminalu kolejką (podobnie jak we Frankfurcie). Za namową znajomych nie skorzystaliśmy z usług boy’ów hotelowych, którzy potem żądają za to sporego napiwku. Także doczłapaliśmy się do pokojów z naszymi ogromnymi walizami i w końcu mogliśmy trochę odpocząć.
Pokój był naprawdę ładny. Najbardziej urzekło nas to, że łazienka była oddzielona od sypialni szklaną ścianą. Sypialnia miała wysokie okno, od podłogi po sam sufit, zatem leżąc sobie w wannie można było podziwiać widoki. Te akurat nie były powalające m.in. z racji tego, że było już ciemno (ok. 22), ale nic to. Po odświeżeniu zabraliśmy się za “odchudzenie” bagażu. Wyrzucaliśmy bezlitośnie rzeczy najcięższe i najmniej potrzebne, poszły m.in. wszystkie kosmetyki. Udało się zejść poniżej 20 kg na walizkę (następnego dnia przy odprawie łącznie ważyły 39,4 kg). Sukces! Za to nasze bagaże podręczne przeciążone były maksymalnie i mieliśmy szczęście, że ich nikt się nie czepiał.
Następnego dnia rano udaliśmy się do restauracji hotelowej. Hołdując zasadzie, że “śniadanie to najważniejszy posiłek dnia” najedliśmy się porządnie, żeby mieć siły na zwiedzanie. Oprócz standardowych rzeczy takich jak tosty, wędliny, ser, dżem pełno było różnych orientalnych smakołyków – pychota! Potem wymeldowaliśmy się z hotelu, bagaż podręczny zostawiliśmy w poczekalni (zabierając ze sobą tylko najpotrzebniejsze rzeczy) i ruszyliśmy nadać nasz bagaż główny. Przy odprawie okazało się, że odcinek Singapur-Londyn lecimy osobnymi samolotami. Na dodatek na przesiadkę w stolicy UK mieliśmy bardzo mało czasu. Wsiedliśmy w pociąg, który nas zawiózł do miasta i rozpoczęliśmy zwiedzanie.
To co nas uderzyło najbardziej i dokuczało przez cały dzień, to upał połączony z ogromną wilgotnością, która to jeszcze potęguje wrażenie gorąca. Człowiek jest mokry i się nieprzyjemnie klei, mimo iż niewiele się poci, bleee… Pierwszym miejscem, które odwiedziliśmy była chińska dzielnica. Tam weszliśmy do hinduskiej świątyni Śri Mariammana (zdjęcia powyżej). Budynek był bardzo piękny, niestety nie było nam dane zobaczyć charakterystycznego wejścia, które akurat było w renowacji i całkowicie zakryto je folią budowlaną. Pech…
Potem wybraliśmy się do ogrodu botanicznego. Tym razem pojechaliśmy taksówką. Australijczyk, który siedział obok nas w samolocie i mieszka od ośmiu lat w Singapurze poradził nam, że to najlepszy środek transportu. Faktycznie, cena była niska w porównaniu do Melbourne. Poza tym nie trzeba było się bawić w przesiadki; droga z lotniska do Chinatown wymagała trzech.
Ogród botaniczny w Singapurze jest przepiękny. W porównaniu z nim ogrody w Melbourne i w Sydney można tylko określić jako “ładne”
Najbardziej podobały nam się dwie części; jedna z roślinami z rodziny imbirowatych, z pięknymi wodospadami oraz druga, gdzie zobaczyliśmy wspaniałe orchidee.
W ogrodzie znaleźliśmy polski akcent. Idąc sobie ścieżką zobaczyłem pomnik pana grającego na fortepianie. Chciałem zażartować i zawołałem do reszty, że to pomnik Szopena. Podchodzimy i faktycznie, trafiłem!
Po tej wspaniałej wizycie wróciliśmy do centrum a konkretnie nad Clarke Quay, skąd wybraliśmy się na rejs taksówką wodną.
Symbol Singapuru:
Dawid podczas każdej jazdy taksówką korzystał z okazji i wypytywał się taksówkarzy, co warto zwiedzić. I wszyscy polecali nam wyspę Sentosa. Niestety obejście wszystkich atrakcji na niej zajęło by nam znacznie więcej niż pół dnia, postanowiliśmy tylko przejechać się kolejką linową, która tam prowadzi, popodziwiać widoczki i wrócić. Przejażdżka była niesamowita, mimo dość industrialnych widoków (na wyspie powstaje właśnie ogromne centrum rozrywki dla dzieciaków).
Wróciliśmy i nadszedł już czas, żeby zbierać się z powrotem na lotnisko. Taksówkarz, który nas wiózł jechał prawie jak bandzior z filmu “Mistrz kierownicy ucieka”
Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze w dzielnicy Małe Indie. Musieliśmy zobaczyć wejście do hinduskiej świątyni, które nie byłoby zakryte rusztowaniami i folią. Poniższa fotka to wejście do świątyni Śri Veeramakaliammana:
Na miejscu zdążyliśmy jeszcze skorzystać z prysznica w hotelu. Zadowoleni, ale i zmęczeni (to gęste, wilgotne powietrze to nie dla nas) udaliśmy się na samolot…
04/20/2009 at 05:12
nie ma tego zlego co by na dobre nie wyszło … przynajmniej sobie zwiedziliście singapur
a jak wam teraz w polsze ?
04/23/2009 at 01:12
Singapur jest naprawdę świetny i dużo zobaczyliśmy, mimo iż spędziliśmy na to trochę więcej niż pół dnia.
W Polsce czujemy się nieźle; pogoda piękna od momentu przylotu, starzy znajomi.
04/23/2009 at 01:58
…ale i trochę dziwnie. Po Australii chyba nigdy już nie będzie tak samo.