Wizyta na statku Camsaray, czyli ciężka przeprawa i poznanie nowego krewniaka ;-)
Posted in ludzie, miejsca, wycieczki on 11/12/2008 09:44 am by AniaJeszcze w trakcie pobytu w Red Centre rodzina pisała mi, że w następnym tygodniu do melbourneńskiego portu zawinie statek Camsaray z moim dalekim krewnym na pokładzie, którego nigdy nie widziałam. Miał do nas namiary, po powrocie odezwała się do nas najpierw jego żona Asia, a potem rozmawiałam z nim i ustaliliśmy, że podjedziemy do portu w piątek wieczorem, jak Paweł skończy pracę.
Znaleźliśmy na mapie Swanson Dock, gdzie mieli się zatrzymać, Google wyznaczył trasę (wynikało z niej, że najlepszą opcją jest przejazd pociągiem a potem pół godziny marszu piechotą). Pozornie prosta sprawa, trasę pociągu miałam znajomą (jeżdżę tą samą linią do redakcji), ale na dworcu okazało się, że po pierwsze akurat wtedy ten pociąg się na Southern Cross nie zatrzymywał, trzeba było podjechać o jedną stację wcześniej, a tam z kolei nie było bezpośredniego pociągu, więc przejechałam jeden przystanek stamtąd, a potem czekanie i znów przesiadka… beznadzieja.
Dodam, że pogoda była nieszczególna, kropiło, a ja z aparatem i torbą z drobiazgami dla naszych rodzin oraz dla dzieciaków Bratka (dobrze że wszystko porządnie opakowałam). W końcu znaleźliśmy się z Pawłem na ostatniej stacji i razem ruszyliśmy piechotą. Dość szybko stało się jasne, że Google tym razem miał niedokładną mapę i coś się nie zgadza, w okolicy zero oznaczeń, ba, nawet ciężko o chodnik dla pieszych, sznury aut i same magazyny wokół, co chwila zakazy wstępu i straszenie karami…
Obeszliśmy w tę i z powrotem spory kawał, skontaktowałam się z Bartkiem, a on próbował nas pokierować przez znajomych stąd…
W końcu po dłuuuuugich (ok. 2 godz) poszukiwaniach znaleźliśmy właściwą ścieżkę, potem ileś zawijasów, coraz mocniejszy deszcz… i nareszcie Swanson Dock. Spod parkingu zabrał nas specjalny bus (Bartek musiał wcześniej podać nasze nazwiska i nr paszportów). Statek imponujący, Bartek zaprosił nas na herbatę, nagadaliśmy się zdrowo i obeszliśmy cały statek “od kuchni”. Załoga liczy kilkanaście osób, Bartek jest drugą najważniejszą osobą na statku zaraz po kapitanie
A że ważne funkcje zawsze wiążą się z odpowiedzialnością, za wiele luzu tam nie ma
Mają też basen na powietrzu, bardzo spdobała nam się tabliczka zakazująca skakania, gdy nie ma w nim wody
W drugą stronę nie zamierzaliśmy powtarzać “wyczynu traperskiego”
, zawezwali nam taksówkę i wygodnie, w niecałe 15 minut i za jedyne $11 byliśmy w domu… (człowiek głupi zapomina, że tu benzyna tańsza, więc i taksówki w cenach zupełnie znośnych…)
Serdeczne pozdrowienia dla Bartka! (który obecnie wypłynął już z Sydney, o ile się nie mylę)